• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Chwalebny szlak Irmina
#11
Zwiad

"Żądza pokarmów zrodziła nieposłuszeństwo,
 a słodkie kosztowanie wypędziło z raju.

 Obfitość pokarmów sprawia rozkosz podniebieniu,
 Karmi jednak robaka nieumiarkowania, który nie śpi.
 Nienasycony żołądek uosabia duszę, by czuwała w modlitwie,
 natomiast pełny, sprowadza senność"
                                                        Ewagriusz z Pontu

Kończyło się drewno. Mogliśmy albo rąbać domy na opał, albo zacząć wysyłać ludzi po drewno. Za całe dnie niemożliwej harówki obiecano nagrodę w postaci podwójnego przydziału drewna, świeżego jedzenia, bezpieczeństwa i wody. Wpierw przystałem na to z radością, bo byliśmy zbiorowiskiem biedaków, zdesperowanych nieszczęśników, chwytających się każdej nadziei. Nieważne jak nikłej i nieważne przez kogo danej.
Grupy robocze zbierały się przy bramie i rozpoczynały wędrówkę po ostrzu noża, pomiędzy życiem a śmiercią .Wraz z innymi pracowałem tak dzień za dniem, niczym jagnięta idące na rzeź. Wkrótce po tym jak z wałów ostrzelano jedną z takich grup z powodu nie zebrania wystarczającej ilości drewna, gorzko pożałowałem swojej decyzji. Podczas wiecu wskazałem na osadę, znacznie większą od naszej. Z rzadka dochodziło między nami do wymiany handlowej, częściej do konfliktów o ziemię rolną lub prawo do połowu ryb. Od wybuchu zarazy nie dotarły stamtąd żadne wieści, co niekoniecznie musiało stanowić powód do obaw. Możliwe, że zrobili to samo co my, zamknęli podwoje. "Kiedy nadejdzie odwilż, będziemy potrzebowali ich jako sojuszników - oznajmiłem - zaproponuje im współpracę". Nie wiadomo, czyj głos na zgromadzeniu przechylił szale. W tak trudnych czasach łatwo uchwycić się każdej szansy ocalenia. Nieważne, jak mizernej. Ile jeszcze wytrzymamy, ślepi na to, co dzieje się poza wałami ? Pierdzielony mróz zabija niemal wszystko, czemu więc nie zarazę ? Być może głodzimy się bez sensu ! Przeprowadzę ten cholerny zwiad poza wałami osady. Przyjmę odpowiedzialność na własne barki i dla dobra nas wszystkich. 
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#12
"Acedia jest osłabieniem duszy,
a osłabienie duszy nie ma w sobie nic zgodnego z naturą
ani ze swojej istoty nie staje przeciwko pokusom.
Obłok bezwodny jest przez wiatr pędzony,
a umysł, który nie ma wytrwałości - przez ducha acedii"

                                                                                  Ewagriusz z Pontu


Ta ziemia odpłaci wam z nawiązką jeśli się postaracie zwykł mawiać mój ojciec. Przez całe lata nie dawał nam spocząć. Dni były długie i jasne. A ja dzięki pracy szybko dorastałem. W starym kraju lato oznaczało nagrzane słońcem łąki i miękką trawę pod stopami. Świeżą strawę z ogrodu i śmiech matki w kuchni. Ten kraj był ogromny, ale nieprzyjazny. Stepowa ziemia okazała się kamienista. Pełna gliny i popiołu. Wiatr wiał bez przerwy. Ale w rzece roiło się od ryb, którymi się żywiliśmy. Jedliśmy zatem, budowaliśmy i zaczęliśmy widzieć dla siebie przyszłość. Czuliśmy się jakby ta ziemia należała do nas. Ale nie należała. Kiedy patrzę w przeszłość niezmiennie dzielę ją na dwa okresy. Wszystko to co zdarzyło się przed wybuchem. I to co spotkało nas po wybuchu. Tej zimy wszystko się skończyło. Było jak z raną. Chłód sprawia, że ból czuje się jeszcze mocniej. Nasze ciała usychają. Kości zamieniają się w proch. Głód, zaraza i Bóg wie co jeszcze będą nękać tę ziemię. Ale nikt mi nie powie, że Irmin czy ktokolwiek inny nie pragnie żyć tak, jak my żyliśmy na tych brzegach Orlicy.
Tego roku w środku zimy zebrałem dwóch mężów na wypad do pobliskiej osady. Chcieli iść ze mną, podejmując ryzyko kontaktu z chorobą
. Zdawało się, że cała osada przyszła, by nas pożegnać, albo pogapić się na początek katastrofy. W ich obecności złożyliśmy świętą przysięgę, że po powrocie poddamy się odosobnieniu. Mamy kilka pustych spichlerzów za wałami, gdzie będziemy trzymani. Będzie nas pilnować straż obywatelska. Jeśli wrócimy chorzy, bramy pozostaną zamknięte. Zaraz potem odeszliśmy. Nie miarkowaliśmy, pierwszych parę mil przebyliśmy praktycznie biegiem, aż w końcu zrozumieliśmy, że nikt trzeźwo myślący nie będzie posyłać strzał w naszą stronę. W ich oczach już nie żyliśmy. Skierowaliśmy się w dół rzeki. To oznaczało, że do przebycia pozostawało jeszcze około dwunastu mil. Do wieczora staraliśmy się utrzymywać mocne tempo. Później zatrzymały nas nagła fala późnozimowych mrozów i śnieżyca. Zbudowaliśmy schronienie. Spaliśmy krótko i niespokojnie. Nad ranem dopadły nas wilki. Wyskoczyły jak demony, atakując niespodziewanie ze wszystkich stron. Najpewniej nie wiedziały z kim przyszło się im zmierzyć. Byliśmy dzielnymi wojownikami znad Orlicy, którzy do osiągnięcia dwudziestu pięciu lat przeżyli wiele zim zbyt ostrych, by dało się je opisać, i bitew zbyt strasznych, by je tu wspomnieć. Tego dnia zwyciężyliśmy. Ale jeden z towarzyszy potrzebował pomocy. Rana jest brudna i się jątrzy. Trzeba ją rozciąć, dokładnie oczyścić i założyć kilka szwów. Trzeba wstrzymać marsz do czasu, aż stanie na nogi. Wtedy czeka nas dalsza wędrówka wzdłuż rzeki. Rzeka to życie. Nawet zimą. Nawet tej zimy.
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#13
"Gniew jest szaleńczą namiętnością
 i tych, którzy już posiadają poznanie, psuje.
 Czyni duszę dzikim zwierzęciem
 i sprawia, że cofa się [
ona] przed wszelkim spotkaniem.
 Woda jest poruszana przez pęd wiatrów,
 a gwałtownikiem wstrząsają nierozumne myśli"
                                                                                                             Ewagriusz z Pontu



Kora brzozowa tli się w każdych warunkach. Nawet w największej śnieżycy. A modrzew daje najwięcej ciepła. Ja kładę płasko na ziemi duże polana oparte o wbite na sztorc paliki, a pomiędzy nimi chrust i drobne gałązki. Takie ognisko jest najbardziej wydajne. Szybko zajmuje się ogniem i łatwo je podtrzymać. Wystarczy delikatnie podsuwać wypalające się szczapy. Mając zapewnioną widoczność, co rychlej wykładam narzędzia potrzebne do przeprowadzenia zabiegu. Pijemy po stakanie czystej na rozgrzewkę, reszta posłuży do przemywania. W nabrzmiałym miejscu robię niewielkie nacięcie. Ostrożnie uciskam palcami skórę pozwalając wypłynąć ropie po czym dokładnie ją przemywam. W pośpiechu ściągam rękawice i zaszywam nićmi ranę. Na koniec zakładam opatrunek. Pozostaje nam zaczekać aż się przejaśni. Z brzaskiem dnia nareszcie robimy rozeznanie. Ranny jest zbyt osłabiony gorączką. Decydujemy zabrać ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. A jego samego umieszczamy na saniach. Ciemne chmury na horyzoncie zwiastowały burzę śnieżną. Dobrze, że w porę wypatrzyliśmy rosomaki. W tym okresie mogą być agresywne. Pozostaje nam nadłożyć drogę aby ominąć stado. Kierujemy się znów w stronę rzeki, tonąc po kostki w śniegu. Nasz zwiad od samego początku przypomina pasmo klęsk i niepowodzeń. Od najdrobniejszych spraw w rodzaju kończącego się prowiantu po fundamentalne kwestie braku możliwości zwykłego dotarcia w stronę osady właściwie wszystko układało się nie po naszej myśli. Prześladował nas pech. A może była to po prostu nasza nieudolność ? Czuliśmy, że ciąży nad nami jakieś fatum. Pobyt w głuszy skłania do myślenia w kategoriach mistycznych. Z dala od cywilizacji, na głębokim pustkowiu, pośród pradawnych ludów granica między światem rzeczywistym a urojonym łatwo się zaciera. Dopiero gdy doszliśmy z powrotem do rzeki, karta zaczęła się powoli odwracać. Szczęście uśmiechnęło się do nas i niespodziewanie odnaleźliśmy niewielką łódź. Na dnie łajby leżały wiosła.


[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#14
"Spoglądanie na kobietę jest zatrutą strzałą,
 [która] zraniła duszę i zapuściła truciznę,
 a im dłużej trwa, tym większe sprawia zatrucie.
 Kto pragnie ustrzec się przed taką strzałą,
 niech nie udaje się na publiczne zabawy ludowe
 i nie włóczy się w święta, gapiąc"
                                                                                       Ewagriusz z Pontu


Przypuszczam, że później, gdy dzień pojedynku już minął, opuszczający mnie towarzysze zastanawiali się, dlaczego odmówiłem przywdziania kolczugi. Najpewniej sądzą, że po prostu jej nie miałem. Czy raczej już jej nie miałem. Wciąż posiadałem swój miecz, ale nie da się tak po prostu zrzucić z siebie trzydziestu kilogramów metalowej koszuli i wejść do kręgu. Trzeba czasu i dodatkowej pary rąk. Nosimy je niemal stale, niektórzy nawet w nich sypiają. Wszystko po to by lepiej czuć się podczas bitwy. Jeśli zdołasz wytrenować ciało tak, by przestało odczuwać dodatkowy ciężar, zaczniesz traktować kolczugę jak koszulę. Ale zdejmujemy je podczas rejsu, bo jeśli wylądujesz w wodzie, nieważne, jak mocarne masz bary, kolczuga pociągnie cie na dno. Przetrwanie w tym świecie wymaga trudnej walki tylko po to, by zaspokoić podstawowe potrzeby człowieka. Każdy z nas pragnie popłynąć do osady. Sęk w tym, że łódka jest za mała, abyśmy zmieścili się we trzech. Spór stał się zbyt poważny i rozsądzić go może tylko honorowy pojedynek. Ranny, pomocniczo wyznacza kijem krąg o średnicy dwunastu stóp. Wedle miejscowej tradycji takie rozmiary ma pole pojedynku. Wystawienie przez walczącego jednej stopy poza krąg oznacza wycofanie się z boju. Dwóch, ucieczkę, a w takim wypadku biedny skurwiel równie dobrze mógłby od razu wyzionąć ducha, bo odtąd żadna niewiasta ani żaden wojownik nie staną u jego boku. Nigdy nie znajdowałem zrozumienia dla spraw taktyki i współpracy na polu bitwy. Wiem tylko, że tamten po prostu ruszy na mnie i zacznie rąbać, toteż zawczasu zrezygnowałem ze zbroi i postawiłem na zwinność. Wiem także, że na wojnie wojowie walczą zwykle ustawieni w czworobok, bądź w szyku klinowym, zwanym świńskim ryjem. Wtedy mąż stojący po prawej częściowo nasuwa swą tarczę na tarczę sąsiada. Osłona taka to mur tarcz, przypomina rybie łuski bądź gonty na dachu. Szpic świńskiego ryja ustawia się naprzeciw wojsk nieprzyjaciela i po prostu maszeruje. Oczywiście wróg robi dokładnie to samo, wszystko sprowadza się do tego, kto okaże się silniejszy, kto ma mocniejsze plecy i dzielniejsze serce. Słabość świńskiego ryja objawia się wtedy, gdy jakiś zręczny skurwiel wetknie długi nóż pod tarczę jednego z wrogów i rozpruje mu udo. Niektórzy nazywają to oszustwem. Zwykle ci, którzy giną. Ale po co przegrywać, gdy można wygrać ? Po co ginąć, skoro można żyć ? Widzę, jak tamten rusza zapamiętale wymachując toporem. Kieruje prosto na mnie swe ostrze rozszerzające się do trzydziestu centymetrów morderczej krawędzi. Nadspodziewanie, wystarczyło by zupełnie rozszczepić moją tarczę. Wtedy ja robiąc wypad, doznaję uczucia, kiedy coś ciepłego bryzga mi na łydki i ścieka aż do palców u nóg. Owszem, może to być mocz stojącego obok chłopaka, który zeszczał się ze strachu, ale zazwyczaj jest to krew z tętnicy udowej. Żadnego wahania. Żadnego namysłu. Żadnej słabości serca. Szykuj się. Bo twój mur tarcz zaraz pęknie. Kolejne uderzenia kosztują mnie wiele sił. Ciosy nie przynoszą spodziewanego rezultatu. Karta się odwraca. Teraz to ja się bronię. I to bez tarczy. Od kolejnych uderzeń topora, mój miecz ugina się niczym trzcina, ale nie pęka. Po kolejnym ciosie wyfruwa z mojej ręki a chwilę potem przeciwnik wykopuje go poza za krąg. Teraz pozostał mi jedynie nóż bojowy. Krótka jednosieczna broń, używana zwykle przy garbowaniu skór. W pojedynku się nie przydaje. Zazwyczaj. Ten, kto ma krótki nóż, potrzebuje długiej ręki głosi stara prawda. Niewielka to pociecha lecz i tak ruszam straceńczo do ostatniej szarży. Prawie na oślep wbijam ostrze i czuję, że dałem się przechytrzyć najprostszej ze wszystkich broni, lipowej tarczy. Dwie cienkie warstwy drewna, żelazne okucia i skórzane obicie. Do tego mój noż wbity na wysokości uchwytu, zbyt lekko jednak by zapobiec sile wypychającej mnie tak mocno, że cudem tylko nie wypadłem z kręgu całym obwodem, ratując resztki godności. I to mógłby być koniec. Ale nie był. Nie dla mnie.
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#15
"Chciwość pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła
 i z niej wyrastają niczym dzikie pędy pozostałe namiętności.
 Jeśli odetniesz jedną gałąź, wkrótce wypuści inną
 i nie pozwoli, aby wyschły te, które z niej wyrosły.
 Kto chce wyciąć namiętności, niech usunie wpierw korzeń,
 kiedy bowiem utrzymuje się chciwość z pieniędzy,
 na nic się nie zda obcinanie gałęzi"

                                                                                                                   Ewagriusz z Pontu



Długo patrzyłem w ślad za odpływającymi ludźmi z mojego oddziału zwiadowczego. Przemarzłem do kości. Może coś sobie odmroziłem i do końca życia będę mieć blizny. Może nawet byłem bliski śmierci z wychłodzenia. Ale w głowie miałem tylko jedną myśl i na niej skupiałem wszystkie moje siły. Zrobię wszystko, byle tylko dotrzeć do tamtej osady. Po raz drugi tej zimy wędruje samotnie. Kolejna próba siły w obliczu niebezpieczeństwa. Upadam, wstaję, pełzam, aby przed siebie. Skończyło się jedzenie. Sypiam krótko, niespokojne. Nie mając wyznaczonych pór posiłków i snu, czyli dwóch rzeczy pomagających w obliczaniu upływu czasu, straciłem jego poczucie. Wyznaję ze wstydem, że się załamałem. Byłem przemarznięty, osłabiony z głodu, wyczerpania i półprzytomny. Moje ciało nie wytrzymało. Po nim poddały się serce i dusza. To wtedy skapitulowałem. Wtedy zawiodłem tych, którzy zawierzyli mi swój los ...
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#16
Dzieje oblekły się w baśń, baśnie ludowe wcieliły się w postacie bohaterów, zmyślenie i prawda stanowią tło szare.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości