• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ekspedycja do Sambanu
#1
Pod koniec czerwca zaproponowałem wyprawę w poszukiwaniu Agharty, która spotkała się z zainteresowaniem Bialeńczyków. Więcej informacji znajdziecie Państwo tutaj: http://spolecznosc.bialenia.org.pl/showt...hp?tid=474
Postanowiliśmy pierwszą ekspedycję skierować do Sambanu. Dodatkowymi celami ekspedycji jest sprawdzenie sytuacji na ziemiach postrajńskich oraz nawiązanie kontaktu z władzami politycznymi i religijnymi. Wczoraj w godzinach wieczornych wyruszyliśmy z Venomanii w następującym składzie:
1) Bartłomiej Demiatycz, odpowiada za podstawowy cel ekspedycji, czyli odnalezienie Agharty w oparciu o mity i legendy.
2) Ronon Dex, odpowiedzialny za bezpieczeństwo uczestników i stronę techniczną,
3) Jan Sapieha, poszukiwacz skarbów i przygód,
4) Ajatollah Ali ibn Abi Talib, ma za cel nawiązanie kontaktów z przywódcami religijnymi i rozszerzenie wpływów Zielonego Kościoła,
5) Andrzej Swarzewski, organizator wyprawy i kaowiec w jednym. 

W tym wątku publikowane będą raporty oraz relacje.
#2
Przed udaniem się do Venomanii i wyruszeniem w wyprawę wraz z resztą załogi Bartłomiej Demiatycz spędził w ubiegłych dniach długie godziny w monumentalnym budynku największej biblioteki w Bialenii, ulokowanej przy Uniwersytecie Bialeńskim w Wolnogradzie. Istotnie, źródeł odnośnie mającej znajdować się pod powierzchnią Pollinu Agharty było naprawdę dużo i pochodziły one z najróżniejszych miejsc w Mikroświecie. Poczynając od przypominających fantastykę barwnych opisów ludzi, którzy rzekomo widzieli tę krainę, po suche, sceptyczne analizy naukowe owej teorii, widać było, iż tematem tym zajmowało się już wiele pokoleń mieszkańców Mikroświata, a szczególnie wyróżniały się na tym tle przekazy pochodzące z niektórych dawnych kręgów okultystycznych. Jednak zdecydowana większość materiałów pochodziła z czasów dosyć odległych, a co gorsza — naprawdę rzadko kiedy można było natrafić na elementy wspólne tych wszystkich legend i mitów.

Teraz siedział w samolocie, który niósł ku brzegom Sambanafryki uczestników wyprawy mającej, przy dobrych wiatrach, zweryfikować te liczne przekazy i odnaleźć (bądź nie) wejście do podziemnego świata. Cały czas rozmyślał o tym, co przeczytał przed wyprawą. W zasadzie nikt nie wiedział, zastania czego będzie można się spodziewać w Ururu, a co dopiero, jeżeli chodzi o ziemie w większym oddaleniu od brzegów Sambanu...
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#3
Na szybko... klika zdjęć ze startu wyprawy.

[Obrazek: 1KBe5Ge.png]

[Obrazek: ftpBxP4.png]

Samoloty wyprawy wystartowały z nowo wybudowanego lotniska Gwardii Pretoriańskiej...

[Obrazek: iOdoCCJ.png]
Samolot TB-541M3 Andrzeja Swarzewskiego

... i skierowały się w stronę morza.


[Obrazek: G8808Gr.png]
Na pierwszym planie TB-541M3 Ronona Dex

[Obrazek: kipLGX5.png]
Marszałek Wielki Ronon Dex
Dowódca Sił Zbrojnych Republiki Bialeńskiej
Przewodniczący Bialeńskiej Partii Demokratycznej

[Obrazek: UGrVBjc.png] [Obrazek: YF1wTjf.png]
[-] 2 użytkowników podziękowało za ten post:
  • AndrzejSwarzewski, Janek Sapieha
#4
Wybaczcie, drodzy miłośnicy tajemnic, moje opóźnienie w przedstawieniu pierwszego raportu. Nasza ekspedycja okazała się nie być przyjemną wycieczką krajoznawczą, lecz przeprawą przez dzicz. Po dostatnim niegdyś kraju Ramzaniego nie ma śladu. Dopiero dziś, nocując w Kiku (Bantu), mogę zebrać myśli i zapisać kilka słów, dalekich jednak od literatury pięknej. 
9 lipca w nocy wylądowaliśmy na przedmieściach Ururu. Miejscowa biedota podeszła do samolotów, zbrojna kilka przestarzałych rewolwerów. Nic nie mówiło im nasze oznakowanie, posądzili nas o bycie Sarmatami. Uspokoili się dopiero, gdy z samolotu wysiadł ajatollah Ali ibn Abi Talib w swych szatach. Ugościli nas wspaniale, z resztą nikt z nas nie przyznał, że Ali jest jedynym muzułmaninem pośród nas. Nie zdradziliśmy swoich personaliów, przedstawiliśmy się jako osobista ochrona ajatollaha, aby uniknąć dalszych problemów. 
Dowiedzieliśmy się, że Samban Zachodni oraz Bantu podzielone są na szereg niezależnych państw, wchodzących ze sobą w liczne konflikty. Na czele Ururu stoi sułtan, którego władza obejmuje jedynie niewielkie terytorium wokół dawnej stolicy. Nie ma miesiąca bez krwawych bitew, które na rękę wydają się być jedynie stacjonującym w Samundzie Sarmatom. O sytuacji w tym kraju opowiedzieli nas z resztą mrożące krew w żyłach historie, wzięte jakby z "Jądra ciemności". Wszyscy jednak uczciwie przyznali, że sami nie widzieli Samundy na oczy, więc i mi ciężko jest wysnuwać ostateczne wnioski. 
Noc przespaliśmy spokojnie, a następnego ranka ajatollah został zaproszony przez Sułtana. Sprawiał on wrażenie człowieka rozsądnego, więc zdecydowaliśmy się na wyjawienie głównego celu naszej podróży. Wówczas wpadł w szał, nazwał nas zdrajcami wiary i kazał swoim żołnierzom wywieźć nas poza miasto. W ten sposób pozostaliśmy bez samolotów, uzbrojenia oraz zapasów pożywienia. 
Za złote zegarki kupiliśmy od Beduina pięć wielbłądów, chcąc wyruszyć w kierunku północno-zachodniego brzegu Sambanafryki, skąd blisko już do Wysp Przyjaźni. Już najbliższa oaza zweryfikowała nasze plany. Tam nie popełniliśmy ponownie tego samego błędu i daliśmy się poznać jako muzułmańscy wędrowcy z Dżamahiriji Bialeńskiej. Los się do nas uśmiechnął, arabski socjalizm okazał się trzymać mocno. Stosunkowo niedaleko siedzibę swoją miał podpułkownik al-Talhi. lokalny przywódca marzący o zjednoczeniu Sambanafryki w duchu Islamu oraz socjalizmu. 
11 lipca rano dotarliśmy do jego miasta. Gdy tylko dowiedział się, że jesteśmy przybyszami z Bialenii, od razu nas przyjął. W jego gabinecie wisiały trzy portrety: Osamy bin Ramzaniego, Akrypy Ali ibn Shariati oraz Mahometa. Zaczął snuć plany o zjednoczeniu subkontynentu, wyparciu Sarmatów z Samundy oraz odbudowie Al Rajnu. Milczeliśmy, chcąc zrobić wrażenie niezorientowanych w sprawie mieszkańców Pustyni Bengazijskiego, których do Sambanu przywiało jedynie poszukiwanie przygód. Liczyliśmy jedynie na transport na Wyspy Przyjaźni, odechciało nam się Agharty i kontaktów z Sambanafrykańczykami. 
W pewnym momencie al-Talhiego przeszył dreszcz. Rozpoznał mnie. Widział mnie w telewizji razem z Ramzanim na Konferencji Wolnogradzkiej w czasach, gdy ten relikt Al Rajnu docierał jeszcze do tych stron. Nie miałem wyjścia, przedstawiłem mu towarzyszy. Uklęknął przed ajatollahem, a Marszałkowi Dexowi zasalutował. Wydawało się już, że teraz na pewno nam pomoże. Jak więc zamiast na Wyspach Przyjaźni jesteśmy teraz w Kiku, stolicy dawnego Bantu?
Kiku i okolice były jedyną strefą zdemilitaryzowaną, mieścił się w nim swoisty parlament, gdzie spotykali się lokalni liderzy i załatwiali swoje interesy. Jedynym wspólnym interesem było niewpuszczanie Sarmatów zbyt daleko poza dawną granicę z Samundą. Al-Talhi postanowił wykorzystać nas do zjednoczenia plemion. Nad ranem ma odbyć się nasze spotkanie ze Zgromadzeniem. Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogą zaproponować te ludy pustyni. Oficjalnie jesteśmy gośćmi honorowymi, ale w przypadku odmowy zapewne szybko staniemy się zakładnikami.
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • Janek Sapieha
#5
Dzień przed planowanym spotkaniem ze Zgromadzeniem udałem się na przechadzkę po nieznanym mi dotąd mieście. Mimo ostrzeżeń przed grasującymi przestępcami i faktu, iż spotkanie miało się odbyć już nad ranem, i tak nie potrafiłem odmówić sobie wieczornej wędrówki wśród zakamarków dawnej stolicy Bantu. W porównaniu z tym, co ujrzeliśmy wcześniej, miasto było stosunkowo czyste i uporządkowane, a mieszkańców mniej dotyczyły ciągłe konflikty i problemy innych sambanafrykańskich regionów dawnej Federacji Al Rajn.

Wtem zostałem zaczepiony przez pewnego mężczyznę w podeszłym już, zwłaszcza jak na średnią długość życia na tych terytoriach, wieku. Po tym, jak zwrócił uwagę na mój cudzoziemczy wygląd i kolor skóry, stanowiący zapewne mocno niecodzienny widok w tych rejonach, wywiązała się rozmowa. Okazał się być z krwi i kości rodowitym Bantyjczykiem, a ponadto wyznawcą i szamanem woodyzmu bantuńskiego, religii stopniowo wypieranej dzisiaj przez wpływy islamskie z północy i południa. Z czasem temat zszedł na miejscowe legendy, do opowiedzenia jednej z których szaman wyraźnie zmierzał. Zaczął opowiadać o ukrytym królestwie, istniejącym jakoby prócz dostrzegalnej rzeczywistości, pełnym wielkich bogactw, skarbów natury, zamieszkałym przez dawno wymarłe stworzenia, czy także te znane z mitów i legend, a nawet przybyszy spoza Pollinu. O lokalizacji nie było mowy, ale skojarzenie z niektórymi z opisów Agharty nasuwało się samo. Starzec powiedział także na koniec, że według jednej z wersji legendy mogłoby ono zostać kiedyś odkryte przez białych przybyszy z zachodu.

Było już późno, kiedy rozmowa dobiegła końca. Zapewne niektórzy z członków wyprawy w miejscu zakwaterowania niepokoili się już, może nawet wysłali jakiś zwiad... Ale kiedy zbierałem się do powrotu, kapłan zatrzymał mnie jeszcze na chwilę. Następnie wręczył mi bez słowa jakiś niewielki przedmiot, jedynie żegnając się. Jego przeznaczenia dociec nie zdołałem, ale zapewne nie został mi wręczony zupełnie bez powodu. Czy przypominał coś znanego? Nie... nie przypominał. Ostrożnie i z nutą podejrzliwości w głowie schowałem ów obiekt, udając się nocną porą do naszego miejsca zakwaterowania.
[-] 2 użytkowników podziękowało za ten post:
  • AndrzejSwarzewski, Janek Sapieha
#6
Pan Demiatycz jak mniemam - mówiąc to nie miałem najmniejszych wątpliwości względem tożsamości osoby którą właśnie zaczepiłem. Podejmując się próby odnalezienia miejsca pobytu członka ekspedycji ruszyłem w stronę wschodniej części miasta. W pobliżu świątyni porozmawiałem jeszcze z nieźle zorientowanym w tutejszej topografii przewodnikiem. Obcując ze sobą szczerze, rozmawiając otwarcie i uczciwie poznałem historię osoby która być może przekonała się czym jest moc Agharty.

Cytat:Spędziłem pewną zimę w mojej miłej Agharcie. Jest to niewielka wyspa na rzece. Całą ją mur wokół otacza, z obu stron łączą ją z lądem mosty drewniane. Rzeka rzadko opada lub zwiera, poziom jej jest zazwyczaj taki sam latem i zimą. Dostarcza wody przejrzystej o bardzo miłym smaku, mieszkając bowiem na wyspie musi się głównie korzystać z wody rzecznej. Zimy bywają tu łagodne, dzieje się tak chyba w skutek ciepła morza oddalonego co najwyżej o 300 kilometrów. Także niekiedy lekki powiew z stamtąd dociera aż tutaj, wody morskie wydają się cieplejsze od słodkich. Nie potrafię powiedzieć czy to jest przyczyną czy też może coś innego, faktem jednak pozostaje, że zimy miewają tam dość słoneczne. Winorośl udaje się dobrze a niektórzy potrafią wyhodować nawet figowce. Niestety z końcem zimy opuściłem to cudne miejsce. Odczuwam z tego powodu ból równie głęboki jak wtedy gdy rozstawałem się z ukochaną. Nachodzi mnie istna ciżba wspomnień. Kto raz odnajdzie Aghate będzie myślał o niej już na zawsze.

Pożegnawszy swojego rozmówcę, kontynuowałem poszukiwania. Krążąc po zabudowanej części Bantu odnalazłem ślad podeszwy buta. Tutejsi przeważnie ich nie noszą więc instynktownie poszedłem tym tropem. Po kwadransie doszedłem do miejsca w którym stał Bartłomiej Demiatycz. Nie minęła godzina gdy obaj znaleźliśmy się wraz z pozostałymi członkami wyprawy w naszym obozie.
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • AndrzejSwarzewski
#7
Po powrocie Bartłomieja Demiatycza i Jana Sapiehy do obozu skonfrontowaliśmy to, czego dotychczas dowiedzieliśmy się o Agharcie. Sułtan Ururu uważa ją za siedzibę Iblisa*, przywódcy zbuntowanych dżinnów. Kapłan bantuńskiego woodyzmu uważa jest za wspaniałe ukryte królestwo. Przewodnik Janka twierdzi, że to wyspa i nawet na niej był. Wyglądało na to, że kraina ta istnieje w świadomości mieszkańców regionu, ale poszczególne wersje są ze sobą sprzeczne. Ustaliliśmy, że w pierwszej kolejności postaramy się powrócić do kraju, a następną wyprawę przygotujemy lepiej i zadbamy o eskortę wojskową lub chociaż gwardii lennej w większej liczebności. 
13 lipca z samego rana spotkaliśmy się ze Zgromadzeniem. Było tu wielu sułtanów, kalifów, wodzów, prezydentów i sekretarzy... Ogrom rozpadu Al Rajnu był porażający. Na początku przedstawiono nam sytuację na subkontynencie. Ogromna bieda, ciągłe wojny domowe, konieczność racjonowania żywności. Jeszcze gorzej miało być w "objętej opieką" Sarmatów Samundzie. Zapewniliśmy o chęci niesienia pomocy humanitarnej. Zgromadzenie było podzielone z grubsza na trzy frakcje: sambanafrykańskich socjalistów, którzy chcieliby zjednoczyć subkontynent i związać go z Bialenią oraz RPM, rajńskich lojalistów, czekających na powrót Ramzaniego na białym wielbłądzie, oraz fundamentalistów religijnych. Taki podział sprawiał, że wszelkie procesy pokojowej integracji były skazane na niepowodzenie.
Padł na nas blady strach, gdy wstał Sułtan Ururu (wcześniej go nie zauważyliśmy) i oskarżył nas o okultyzm. Na szczęście podpułkownik al-Talhi wziął nas w obronę, w innym wypadku moglibyśmy już nigdy nie wrócić do kraju. Obrady nie doprowadziły do niczego konkretnego, poza luźnymi deklaracjami. Ururyjski władyka został zmuszony do oddania nam sprzętu oraz umożliwienie powrotu na Wyspy Przyjaźni. 
Jeszcze na dzień zostaliśmy w Kiku, przejrzeliśmy wszystkie ocalałe biblioteki i korzystając z listów żelaznych postanowiliśmy znaleźć ludzi, którzy mogą wiedzieć cokolwiek o podziemnej krainie. Byliśmy zniechęceni i zrezygnowani, dostawaliśmy same sprzeczne informacje, a ponadto zauważyliśmy, że śledzą nas podejrzani czarni ludzie w czerni. 14 lipca wieczorem podkomendni al-Talhiego zabrali nas do Ururu, skąd chcieliśmy dotrzeć własnymi samolotami na Wyspy Przyjaźni. Jeden z żołnierzy poprosił nas, byśmy najpierw polecieli do podpułkownika. Tak też zrobiliśmy. Skoro nie udało nam się odkryć Agharty, to chcieliśmy chociaż nawiązać kontakty dyplomatyczne z przychylną nam frakcją... 
Uzyskaliśmy tam jedną kluczową informację, która stawiała całą naszą misję pod olbrzymim znakiem zapytania. Sarmaci wspólnie ze swoim samundyjskim mięsem armatnim zajęli z pozoru bezużyteczny kawałek pustyni i pilnie go strzegą. Położenie tego regionu rzeczywiście przypominało niektóre mapy z naniesionych wejściem do Agharty… Czego neoliberałowie mogą szukać w tak świętym miejscu? 

* Od innych sambanafrykańskich muzułmanów usłyszeliśmy, że siedzibą Iblisa jest Księstwo Sarmacji.
[-] 1 użytkownik podziękował za ten post:
  • Feliks Spirkin
#8
> Od innych sambanafrykańskich muzułmanów usłyszeliśmy, że siedzibą Iblisa jest Księstwo Sarmacji.

W imieniu Iblisa chciałabym zaprotestować. Iblis nie chce mieć z nimi nic wspólnego, dla niego też są jakieś limesy.

Ponieważ jestem świecką Zielonego Kościoła, potraktujcie to objawienie jako autorytatywne.
[-] 2 użytkowników podziękowało za ten post:
  • AndrzejSwarzewski, Feliks Spirkin
#9
Może ajatollah postanowi wypowiedzieć się w sprawie tego objawienia. Czy może raczej opętania, w końcu Iblis jest władcą demonów.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości